BLOG


Poligony - odcinek 12

Nasza ostatnia misja była wyjątkowa. Zrobiliśmy ponad 3,5 tysiąca kilometrów aby dotrzeć na poligony objęte programem Natura 2000. Odwiedziliśmy Cuxhaven na północy Niemiec, poligony w Orzyszu i na pustyni Błędowskiej. Mieliśmy okazję porozmawiać ze specjalistami, którzy dbają o przyrodę i różnorodność środowisk, chroniąc rzadkie gatunki roślin i zwierząt we współpracy z wojskiem.
Podziwialiśmy piękno wrzosowisk, pracę pszczół, liczne stado żubrów, koników polskich. Widzieliśmy jak wygląda ochrona czynna zagrożonych gatunków i jak miejscowa ludność korzysta z programu Life i Natura 2000. Pokonaliśmy kilometry tras rowerowych, korzystając ze szlaków turystycznych przy których znajdują się ekologiczne gospodarstwa a w nich do kupienia naturalne jogurty, maślanki, warzywa i owoce z upraw ekologicznych.
Dzięki programowi Natura 2000 człowiek przyczynia się do odtwarzania naturalnych torfowisk przywraca naturalny wygląd łąk, lasów, siedlisk roślin i zwierząt. Korzysta na tym i przyroda i człowiek.
Podczas Misji zaprosiliśmy do współpracy codziennych strażników naturalnego piękna, którzy opowiedzieli nam o programie Natura 2000 i jak mieszkańcy chronionych obszarów mogą z niego korzystać. Posłuchaliśmy w jaki sposób angażują się w czynną ochronę zagrożonych gatunków roślin i zwierząt. Sprawdziliśmy czy zmieniło się nastawienie ludzi do przyrody przez ostatnie 10 lat i jakie korzyści z programów ochrony czerpie okoliczna ludność.
Poligony to nie tylko tereny do ćwiczeń wojskowych ale także miejsce rozwoju wielu gatunków roślin chronionych i ich siedlisk. W ostatnim odcinku będzie można przyjrzeć się jak wojsko angażuje się w program Natura 2000.
Podsumowując, spędziłam piękne 5 miesięcy w rezerwatach, górach, na poligonach, nad zatokami, rzekami, na bagnach, torfowiskach… aby zobaczyć w którym miejscu w świecie przyrody znajduje się człowiek i jaką rolę w niej pełni. Na ile w nią ingeruje, ile zniszczył i ile próbuje teraz naprawić. Sprawdziłam czy potrafi żyć w harmonii z nią, czy tylko mu się wydaje że tak jest. Poznałam ludzi, którzy angażują się w ratowanie naszej pięknej przyrody, za co serdecznie im dziękuję.
Była to niezapomniana przygoda życia. Dziękuję całej ekipie realizującej serial za kilka miesięcy ciężkiej pracy, której owoce, od kilku tygodni możemy oglądać na antenie TVP2 i TVP Polonia. Do zobaczenia na szklanym ekranie w ostatnim już odcinku serialu Misja Natura. Pozdrawiam Gosia Kosik



Poligony - odcinek 12

Ten odcinek jest zupełnie inny od pozostałych. W trakcie jego realizacji przejechaliśmy kilka tysięcy kilometrów, zaś na ekranie gościliśmy rekordową liczbę osób, bo ponad 12. Jak podejrzewam, nie każdą zobaczymy w filmie, a szkoda, bo jak sięgam pamięcią, wszystkie były na swój sposób bardzo interesujące. Mianownikiem filmu są poligony, stąd nasza wizyta w Orzyszu, na Pustyni Błędowskiej i w niemieckim Cuxhaven.

Orzysz nie ma w kraju dobrej renomy i kojarzy się w pierwszym rzędzie z jednostką karną. W obecnych czasach to już jednak historia. Zajrzeliśmy oczywiście za mury garnizonu, żeby zdobyć odpowiednie zezwolenia i przejść krótkie szkolenie dotyczące postępowania w razie znalezienia niewybuchów. Na samym poligonie spotkaliśmy się m.in. z Marianem Szymkiewiczem, ornitologiem i dyrektorem Muzeum Przyrody w Olsztynie. Wspaniały i ciepły człowiek, należący do tych, z którymi każda rozmowa należy do chwil ważnych. Bardzo ciekawie o swoich spotkaniach ze zwierzętami poligonu opowiadał z kolei Jarosław Wołkowycki  – leśnik, myśliwy i zapalony filmowiec - amator. Szczególnie utkwił mi w pamięci jego film pokazujący pływającego łosia podskubującego zanurzone rośliny i szukających ofiar wilków. Na szerokich pasach przeciwpożarowych wraz z Nadleśniczym Michałem Sobeckim znaleźliśmy tropy obu tych zwierząt. W gospodarstwie państwa Chojnowskich z kolei mogłem wreszcie pierwszy raz po kilku latach dosiąść rumaka. Sama jazda i generalnie kontakt z tak mądrym zwierzęciem jakim jest koń uskrzydla. Gosia z kolei na koniu jeździła po raz pierwszy, ale jak zwykle więcej było krzyku niż zachodu, bo szło jej nad podziw dobrze. W końcu dziewczyna jest po szkole sportowej.
Bardzo byłem ciekaw Pustyni Błędowskiej. Dla mnie zawsze było to legendarne miejsce o którym się mówiło kiedyś wiele. Jej nazwa oczywiście powstała przez skojarzenie, podobnie jak choćby Sawanna Łężycka w Górach Stołowych. Ogromny obszar otwarty próbuje się uchronić przed samoistnym zarastaniem wychodząc z założenia, że to co wyjątkowe dla tego terenu związane jest z piachem, wiatrem i słońcem. Ciekawe czy uda się osiągnąć cel, którym jest też utrzymanie właściwego stanu na jednakim poziomie bez ingerencji człowieka w przyszłości. Kilkakrotnie byliśmy tu świadkami sadzenia grzybków. Ale nie tych prawdziwych, gdyż nazwę tę używa się tutaj w sytuacji, gdy z ogromnego samolotu transportowego wyskakują jeden po drugim spadochroniarze. Jak już rozwiną czaszę spadochronu rzeczywiście wyglądają jak opadające na ziemię grzyby. Może przez analogię spadochroniarzy powinno się nazywać kozakami? smile
Fajną przygodę przeżyliśmy na koniec w niewielkiej miejscowości Cuxhaven, najdalej wysuniętym na północ punkcie na mapie Niemiec, nad Morzem Północnym w widłach Łaby i Wezery. W przeciwieństwie do naszych poligonów tamten już dawno zamknięto. W międzyczasie teren trafił w ręce przyrodników, którzy starają się na różne sposoby chronić to wyjątkowe miejsce stworzone przez nietuzinkową działalność człowieka. Pomagają im w tym owce, koniki polskie, które tam nazywa się po prostu ‘konikami’, krowy, bydło szkockie a nawet żubry sprowadzone z Polski. Każde z tych zwierząt żeruje w inny sposób skutecznie walcząc nie tylko z sukcesją, ale też z roślinami inwazyjnymi, takimi jak choćby czeremcha amerykańska. Ale najbardziej zapamiętam chyba wieczorną wizytę nad morzem, gdy cała ekipa zmorzona głodem udała się na pizze a ja jako rasowy obserwator ptaków - w drugą stronę. Morze odsłoniło piaszczyste dno ścielące się praktycznie po sam horyzont. W tym czasie bryczki, każda zaprzężona w dwa konie, ciągnęły gęsiego z oddalonej o 10 km od brzegu wyspy Neuwerk zamieszkanej przez kilkadziesąt osób. Podobno dobrym tempem można dojść na wyspę i wrócić stamtąd pieszo, ale zawsze jest ryzyko, że nie zdążymy przed przypływem. Przede mną za galopującym koniem przebiegł pies z językiem na wierzchu, gdzieś tam z kolei jakaś rodzina wydobywała z piachu omułki jadalne na kolację. Gdzieniegdzie podrywały się ptaki siewkowe, wśród których prym wiodły ostrygojady i rycyki, w stadach, których nigdy nie notuje się w Polsce. To była jedna z tych magicznych chwil, do których potem się często wraca.



Szlakiem podkowca małego - odcinek 11

Podróż w Pieniny była dla mnie o tyle ciekawa, że nigdy tam nie byłam. Poza tym zapowiadało się bardzo interesująco, gdyż mieliśmy poszukiwać najmniejszego mszaka, czyli bezlista okrywowego. W planach mieliśmy zwiedzanie Zamku w Czorsztynie, gdzie rośnie endemit - pszonak pieniński, a także  podążać  śladem nietoperza podkowca małego. I tak też się stało.
Od dzieciństwa nie lubiłam nietoperzy i chyba nie jestem w tym odosobniona. W bajkach nietoperz był wysłannikiem diabła, czymś złym. W wierzeniach ludzi, opowiadaniach, filmach, nietoperze były skrzydlatymi potworami, które porywały dzieci i wplątywały się specjalnie we włosy, żeby dokuczyć człowiekowi. Skąd to się wzięło? Nie wiem. Bo gdy zobaczyłam jak wygląda mały nietoperz, to miałam ochotę go przytulić, gdyż bardziej przypomina niewinną myszkę niż potwora.
Rafał Szkudlarek, specjalista od podkowca małego, najpierw pokazał nam stanowisko tego nietoperza w kościele w Bukowcu, gdzie ponad 200 osobników tego gatunku uczestniczy w każdej niedzielnej mszy smile a parafianie dumni są z tego że mogą pomóc w ochronie tak rzadkiego gatunku. Odwiedziliśmy też  Wierchomlę Wielką, gdzie w nocy obserwowaliśmy a tak naprawdę nasłuchiwaliśmy za pomocą specjalnego urządzenia - detektora, jak nietoperze  między sobą się komunikują i na jakiej częstotliwości nawołują.
Bałam się spotkania z nietoperzami bo na filmach te zwierzęta zawsze atakują ludzi i zaplątują się we włosy i mają ostre szpony... Jak widać należy oddzielać fikcję od rzeczywistości. Okazało się, że strach ma wielkie oczy i w towarzystwie Romualda i Rafała spędziłam całą noc obserwując nietoperze. Odwiedziliśmy też „ Diable Skały” gdzie podkowce małe hibernują zimą.
W Leluchowie nietoperze wybrały na swój dom mały i bardzo gustowny architektonicznie kościółek z 1861 roku. Oczywiście skrzydlaci bracia mniejsi odwdzięczyli się parafianom za ich ochronę, gdyż remont kościołów ze względu na obecność nietoperzy służy też wiernym. Czyżby to był rodzaj symbiozy?
W międzyczasie byliśmy też na łąkach pod Durbaszką, gdzie mogłam zobaczyć jak wygląda ulubione miejsce łowów puchacza. Dowiedziałam się, że planowane w przyszłości wyciągi narciarskie, restauracje i całe zaplecze turystyczne może poważnie zaszkodzić tej sowie i za kilkanaście lat może się okazać, że puchacza będziemy oglądać tylko na zdjęciach. Piękne krajobrazy, które zobaczyłam po drodze, takie jak w wąwozie Homole i rozległe łąki z malowniczymi przystrzyżonymi łąkami, to głównie zasługa owiec licznie wypasanych na tych łąkach. Zwiedziliśmy przepiękne miejsca i naprawdę warto było zobaczyć to wszystko z bliska. Już nie mogę doczekać się kolejnej podróży szlakiem programu Natura 2000.



Szlakiem podkowca małego - odcinek 11

Do roku 2013 bywałem w tych okolicach szczególnie często, ze względu na czteroletni projekt pn. “Ochrona zagrożonych gatunków ptaków w Karpatach Zachodnich”, który realizowałem z FWIE. W tym czasie w Wąwozie Homole i okolicach szukaliśmy sokoła wędrownego i puchacza, w Wierchomli przeprowadziliśmy obóz ornitologiczny i stąd też spływ Popradem, w Pienińskim PN szukaliśmy rzadkich gatunków ptaków. Można rzec, iż teren znam dobrze, ale na szczęście nie aż tak dobrze, żeby się nudzić wydeptując stare ścieżki i nie znajdować nowych obiektów zainteresowań. Na nudę nie pozwalają choćby ciągłe, dynamiczne zmiany w przyrodzie, która nigdy nie stoi w miejscu.

Bohaterów w odcinku mamy kilku a i wiele elementów przyrody, jednak na czoło wysuwają się z pewnością jedne z najrzadszych nietoperzy krajowych - podkowce małe. Rafał Szkudlarek, który nas do nich przybliżał, to mój dawny znajomy, z którym łączy mnie ta sama uczelnia oraz dawna aktywność w tej samej organizacji ochroniarskiej - proNautra we Wrocławiu. To do niego właśnie odezwałem się, gdy kiedyś, zimą, w małej jaskini w Górach Orlickich w Sudetach, udało mi się spotkać hibernującego podkowca małego. To wielka rzadkość na Dolnym Śląsku. Między innymi z tej przyczyny wkrótce zamknięto do niej wejście. Tamten osobnik smacznie sobie spał jak kamień, natomiast tym razem do woli mogliśmy przyjrzeć się podkowcom w ruchu, gdy odprawiają powietrzne tańce, sprawnie czepiają się pułapu i kręcą na wszystkie strony zwisając głową w dół jak dzieci na trzepaku. Jakby chciały w tym krótkim czasie nadrobić wszystkie miesiące, kiedy musiały tkwić w odrętwieniu. A przy okazji kątem oka śledziłem jak zmienia się nastawienie Gosi do nietoperzy. Z początku miała wielkie obawy, czy przed kamerą będzie potrafiła miną nadrobić strach przed tymi latającymi ssakami. Chyba nie sądziła że go tak szybko pokona i zaakceptuje obecność przelatujących nisko nad jej głową nietoperzy. A może nawet i je pokochała? Oczywiście padło w międzyczasie sakramenckie pytanie: czy nietoperze mogą zaplątać się we włosy? To niestety taka nasza pierwotna fobia, z której nie wyleczyli nas nasi rodzice, jednak świadomi dorośli powinni o tym pamiętać i zmieniać nastawienie swoich pociech z korzyścią dla zdrowia psychicznego ich samych jak i nietoperzy. Bardzo podobał mi się moment, kiedy wyczekiwaliśmy wieczornego wylotu nietoperzy w Wierchomli. W dachu jest tylko jedno małe okienko wylotowe, co bardzo ułatwia monitoring populacji. Chiropterolodzy i ornitolodzy zajmujący się sowami zmagają się z bardzo podobnymi problemami - generalnie rzadko widują obiekty swoich badań. W przypadku chiropterologów rzecz jest jeszcze bardziej skomplikowana. Po pierwsze nie słyszą ich bezpośrednio a jedynie za pośrednictwem detektora zmieniającego fale ultradźwiękowe na dźwięki słyszalne dla człowieka. Po drugie zazwyczaj nawet po głosach nie są w stanie stwierdzić od razu z jakim gatunkiem mają do czynienia. Pomaga im w tym dopiero późniejsza analiza komputerowa nagranych głosów. Co bardziej wprawni badacze są w stanie z dużym prawdopodobieństwem wskazać z czym mamy do czynienia, ale nigdy chyba tej pewności mieć nie mogą. Wiszące nietoperze mogą natomiast podziwiać w koloniach lęgowych oraz w miejscach hibernacji, czasami nawet z dość bliska.

A na koniec dla tych co nie znają, zachęcam do posłuchania pięknych słów Adama Ziemianina w niemniej ładnej kompozycji Starego Dobrego Małżeństwa pt. Leluchów. Miejscowość tę również odwiedziliśmy z ekipą, więc mogliśmy się przekonać, że jest tam spokój, są czereśnie, i granica, ale też derkacze i krążące orliki. Piosenka świetnie oddaje klimat tego zakątka na krańcu świata.



Góry Stołowe - odcinek 10

Kolejna nasza wyprawa to misja w Sudety a konkretnie w Góry Stołowe. Spodziewałam się innego widoku niż płaskie jak stół szczyty. Imponujące formy skalne wypiętrzone ponad 30 mln lat temu robią wrażenie. Pierwszy raz widziałam, żeby ktoś samodzielnie ułożył ponad 600 stopni schodów, aby innym łatwiej było zdobywać szczyt. Sudety to prawdziwy raj dla turystów: 100 km szlaków pieszych i rowerowych. Kiedy już doszliśmy na szczyt Szczelińca Wielkiego, w obręb widokowych platform, przywitał nas piękny krajobraz i… bocian czarny. Pustułka, która przysiadywała we wnęce między skałami, pozowała do zdjęć jak prawdziwa gwiazda. Ekipa zdążyła się rozłożyć, włączyć kamerę a ona wciąż spokojnie czekała. Chyba wiedziała, że przyjechała telewizja i będą o niej mówić smile. A na co tak naprawdę czekała? Na swojego samca, który polował na pobliskiej łące.
Przejście dla płazów pod jezdnią to druga rzecz, która mnie zdumiała. W lesie płazy zimują a na wiosnę śmiało wybierają się na drugą stronę ulicy, aby odbyć gody w wodzie, gdzie też przychodzą na świat ich młode. Dzięki takim przejściom pod ulicami, żaby, ropuchy, traszki i inne płazy nie giną pod kołami samochodów i mogą spokojnie się rozmnażać.
Góry Stołowe to miejsce bliskie sercu Romka, bo mieszka w pobliżu, więc zna okolice jak własną kieszeń. Niby był w kontakcie z dyspozytorem ale dokładnie wiedział co mi pokazać żebym była pod wrażeniem tej okolicy. Odwiedziliśmy Rezerwat Wrota Pośny, obszar ochrony ścisłej, a w nim budki dla popielic. Zabrał mnie też na Długie Mokradła, gdzie jego kolega Przemek Zwaduch opowiedział nam o zastawkach, odtwarzaniu torfowisk, które zostały osuszone i zarosły całkowicie tak, że nie było po nich znaku.
Spontaniczna była pogoń za sóweczką, najmniejszą sową na świecie, która w przeciwieństwie do innych sów poluje w dzień a nie w nocy. Romek wypatrzył ją swoim sokolim wzrokiem kiedy jechaliśmy leśną drogą. Nagle zatrzymał samochód, wziął lornetkę z funkcją aparatu i kamery i rzucił się w pogoń za tym małym ptaszkiem , który właśnie upolował nornice i leciał do gniazda. Ja pobiegłam za Romkiem a za nami ekipa z całym sprzętem. Kiedy koledzy rozstawili kamery, Romek już wszystko zarejestrował. Tego nie było w scenariuszu naszej wyprawy ale pogoń za sóweczką znalazła swoje miejsce w odcinku.
Na drugi dzień rano dostaliśmy telefon od Jagody Jakubiec, która poinformowała nas o tym, że spadło gniazdo bociana czarnego i poprosiła abyśmy pomogli jej naprawić szkodę. Romek wdrapał się na drzewo, z gałęzi zrobił solidną platformę - szkielet, a później jak prawdziwy bocian gałązkami i trawą wypełnił gniazdo. Czułam się jak pomocnik majstra na budowie, gdy wraz z Jagodą ładowałam i wiązałam gałęzie a Romek wciągał je na górę. Dzięki temu bocian czarny, który co roku przylatywał w to miejsce i zakładał rodzinę nie musiał szukać nowego miejsca i od nowa budować gniazda tylko mógł skoncentrować się na partnerce smile



Góry Stołowe - odcinek 10

Przewrotnie była to dla mnie chyba najtrudniejsza misja. To trochę dziwne, bo w końcu byłem u siebie, w miejscu, gdzie znam każde drzewo. Właśnie z tego względu czułem się tu bardziej gospodarzem niż gdzie indziej. Druga rzecz, że była to w rzeczywistości nasza pierwsza misja o czym możemy przekonać się samemu po oblodzeniu szlaków, czy porównując zaawansowanie wegetacji roślin. I mam wrażenie, że w związku z tym towarzyszyło temu większe spięcie. Trzeba było oswoić się z kamerą, dotrzeć się z ekipą, sprostać oczekiwaniom. Nie stało się to nagle. Zima tego roku trochę się przedłużyła, więc ze względu na silne oblodzenia wypadły zdjęcia w Piekiełku - najgłębszej, dostępnej szczelinie w w skałach piaskowcowych. Jest tu na szczęście wiele miejsc nie mniej atrakcyjnych i mam wrażenie, że tutaj nagraliśmy najwięcej materiału, który nie znalazł się w filmie. Żałuję zwłaszcza tych, które powstały nocą w Kaplicy Czaszek w Czermnej i które mogły nadać odcinkowi bardziej tajemniczego i mrocznego oblicza. No ale powiedzmy, była to mniej przyrodnicza odsłona. Sporo czasu spędziliśmy na najwyższym wzniesieniu - Szczelińcu Wielkim. Szczęście nam dopisało, bo byliśmy świadkami powrotu z zimowisk bociana czarnego, który wolnym lotem szybował wzdłuż ścian skalnych, praktycznie na wysokości naszych oczu. W innym miejscu widzieliśmy z kilkunastu metrów zaloty pustułek a nawet ich kopulację. Niestety nie zdążyliśmy tej sceny zarejestrować. W filmie zobaczymy tylko samicę, która pozostała po całym akcie na skale, podczas gdy samiec odleciał na łąkę po prezent.

Przez wszystkie dni zdjęciowe niewiele spałem, by wszystko ogarnąć. Nie mogło się oczywiście obyć w filmie bez sów, które są moim konikiem. Codziennie o świcie jeździłem w teren, żeby kontrolować ich stanowiska. Udało mi się w końcu wypatrzeć samca sóweczki, który trwał na stanowisku do czasu przyjazdu ekipy. Dosłownie w momencie ich pojawienia się, ptak jak na komendę rozpoczął popis i całe to nasze bieganie przed kamerą, które można oglądać w filmie, jest spontanicznym zapisem tej chwili. Samiec upolował nornika, którego zaniósł w całości do spiżarni, co udało mi się zarejestrować lornetką z funkcją nagrywania filmów HD. To rzadkie nagranie, a być może jedyne takie. Proponuję też zwrócić uwagę na moment, kiedy ptak już po położeniu ofiary przysiadł obok. To dość ważna chwila, kiedy sowy zapamiętują miejsce, do którego wracają po paru dniach. Rzadko się zdarza, aby to samo rozwidlenie czy gałąź były wykorzystywane w tym celu dwa razy. A ponieważ codziennie upychają w różnych miejscach kolejną zdobycz trzeba naprawdę wytężyć umysł, aby to wszystko spamiętać. My bez notesu z pewnością szybko byśmy się pogubili.

Cieszę się, że w filmie zgodzili się wystąpić moi dobrzy znajomi - Jadwiga Jakubiec i dr Przemysław Zwaduch. Z Jagodą od dawna współpracuję przy badaniach ssaków, szczególnie popielic. Z czasem właściwie stała się jednym z lepszych specjalistów od tej grupy ssaków w Polsce a moja rola sprowadza się obecnie już tylko do sporadycznej pomocy. Cieszę się bardzo, że poszła w tym kierunku, choć niestety pracownia naukowa w strukturach Parku przestała funkcjonować ze względu na inne priorytety wyznaczone przez dyrekcję. Mam nadzieję tylko, że to się kiedyś zmieni. Obecność Przemka z kolei ma już wartość historyczną, gdyż porzucił w międzyczasie pracę w ochronie przyrody na rzecz lasów państwowych. Wierzę, że zaszczepi tam niejedną ideę bazującą na zdobytych w Parku doświadczeniach ochroniarskich.

Na koniec jeszcze zdradzę tajemnicę, iż tu powstała pierwsza wersja odcinka Misji Natura, która była wizją Piotra realizującego zdjęcia w plenerze. Z czasem ewoluowała ona do obecnej formy. Zachowała się na naszych dyskach i moim marzeniem jest, żeby ją kiedyś również pokazać, skoro już jest. Ma kompletnie inny charakter, więcej tu obrazów malowanych kamerą, poezji, spokoju. Osobiście trochę żałuję, że nie poszliśmy w tę stronę. Ale to oczywiście moje zdanie.



Miechowszczyzna - odcinek 9

Kolejna nasza podróż a zarazem misja miała miejsce na Wyżynie Miechowskiej. Występuje tam duża ilość łąk, muraw kserotermicznych a co za tym idzie,  jest to doskonałe miejsce  na ochronę zagrożonych  gatunków roślin i zwierząt. Romek wiedział, że jak każda kobieta  lubię kwiaty, więc na początek  zawiózł mnie do Rezerwatu  Kalina-Lisiniec.  Na niewielkim wzgórzu widnieje tam polana pełna storczyków. Najbardziej podobał mi się obuwik pospolity choć inne gatunki storczyków były równie okazałe. Największym zagrożeniem dla tych kwiatów jest człowiek, gdyż ludzie masowo wykopują te piękne okazy kwiatów i przesadzają do swoich ogródków. Zagrożenie stanowi także zarastanie muraw przez drzewa czy  krzewy, które wypierającą cenne rośliny. W porozumieniu z naszym koordynatorem, Romek  zorganizował spotkanie z  Robertem Rozwałką specjalistą od pająka gryziela stepowego, spokrewnionego z ptasznikami. Pan Robert opowiedział też kilka ciekawostek o  zamieszkujących  te tereny  chrząszczach. Oleica fioletowa to dużych rozmiarów owad, który zawiera składniki bardzo pożądane przez mężczyzn. Ale tajemnicy nie zdradzę, bo o tym będzie w programie.
Ciekawe było też spotkanie z Panem Tomaszem Korczyńskim hodowcą owieczek olkuskich, które przychodzą z pomocą zgryzając murawy kserotermiczne. Dzięki tym owieczkom,  gatunki roślin zagrożonych wyginięciem mają szanse przetrwać. Owieczki jedzą tylko rośliny pospolite,  nie chronione, te wyjątkowej urody im nie smakują. Zwierzęta te działają jak kosiarki i pilnują aby murawy nie zarastały.
Pojechaliśmy też na Cybową Górę, gdzie  chronione są siedliska zagrożonych  wyginięciem gatunków. Tam  za pomocą szpikulca zbadaliśmy murawę. Romek opowiedział mi o skałach marglistych i rędzinach. Byliśmy w Rezerwacie Dąbie na Obszarze Natura 2000. Trafiliśmy też na poranną kąpiel ptaszków nad małym źródełkiem. Podglądaliśmy pliszkę siwą, wróble, muchołówkę szarą, kąpał się też trznadel.
Odwiedziliśmy dwa gospodarstwa, w których hoduje się owieczki olkuskie. Gospodarze opowiedzieli nam jak ludzie korzystają z programu Natura 2000 i jak rozpoczęła się ich działalność na rzecz ratowania  przyrody.
Wyżyna Miechowska  to okolice  Krakowa. Jest to piękny pagórkowaty teren o charakterze rolniczym o podłożu lessowym,  czyli bardzo żyzny. Cisza, spokój a w okolicy dworki, posiadłości, pola uprawne, niewielka ilość lasów, dużo łąk i źródełek. Maj i czerwiec to idealne miesiące na odwiedzenie tego miejsca bo widoki są po prostu  bajeczne.

Gosia Kosik



Miechowszczyzna - odcinek 9

Wszystkie drogi z Krakowa, dla ludzi szukających kontaktu z przyrodą, biegną na południe. Wyjątek stanowią tereny Ojcowskiego Parki Narodowego czy Puszcza Niepołomicka. Lekkie złamanie przyzwyczajeń może okazać się bardzo owocne, bo zaledwie po 40 km jazdy na północ znajdziemy się na pograniczu województw małopolskiego i świętokrzyskiego, na Wyżynie Miechowskiej leżącej w Niecce Niedziańskiej. To miejsce z wielu względów upodobali sobie już tysiące lat temu nasi przodkowie. Atrakcyjność przyrodnicza terenu wynika z ciepłego klimatu, zróżnicowanego i żyznego podłoża głównie wapiennego i lessowego, obecności izolowanych pagórków, źródlisk, małego zaludnienia i słabo rozwiniętego przemysłu. Z morza łąk i pól co chwila wyrastają wyspy - perełki, w postaci małych wzniesień, z których duża część to rezerwaty czy też tereny chronione siecią Natura 2000, głównie z powodu występujących tu rzadkich roślin. W poprzednim odcinku o Puszczy Knyszyńskiej padło sformułowanie, że najskuteczniej można chronić tereny, które są naszą własnością. Tą samą filozofią kierował się dr Stefan Gawroński, z którym spotkaliśmy się na jednym ze wzgórz k. m. Kalina-Lisiniec. Od dnia, gdy odkrył stanowiska kilku wyjątkowo rzadkich roślin w obrębie muraw kserotermicznych, w tym sasanki otwartej, miłka wiosennego, obuwika i kilku innych storczyków, robił wszystko, żeby objąć ten teren ochroną. W efekcie swoich starań stał się właścicielem rezerwatu. Ochrona przyrody na terenach prywatnych jest szczególnie trudna, jeśli jednak terenem dysponuje przyrodnik - staje się wyjątkowo skuteczna.

Generalnie ten nasz odcinek jest bardzo przyziemny, w tym znaczeniu, że chodzimy z nosami przy ziemi szukając roślin i bezkręgowców. Te ostatnie pod okiem dr. Roberta Rozwałki, który pokazał nam włochaty rarytas, jakim jest gryziel. Wyjątkowy pająk o wyjątkowych zwyczajach, którego też w końcu udało nam się zobaczyć a nawet potrzymać na dłoni. Mieliśmy to szczęście, że znaleźliśmy się tu w idealnym dla roślin momencie, w pełni kwitnienia wielu z nich. Cieszyłem się, że nareszcie udało mi się zobaczyć po raz pierwszy w życiu obuwika. Zaskakujący okazał się niepozorny storczyk dwulistnik muszy, który zapylające muchówki nie zwabia zapachem czy pożytkiem a jedynie kształtem i barwą kwiatu, który do złudzenia przypomina samice tych owadów.

Ogromne wrażenie zrobiły na nas źródliska, szczególnie pomnik przyrody “Jordan”, którego krystaliczne wody wybijają spomiędzy margli kredowych. Ponieważ temperatura utrzymuje się tu na poziomie 10 stopni przez cały rok - nie zamarza. Jego zimne wody płynące dalej po podłożu wapiennym stanowią doskonałe miejsce, by znaleźć ochłodę i zaspokoić pragnienie w ciepły dzień. Byliśmy z Gosią świadkami, gdy w ciągu kilkunastu minut w jedno takie miejsce przyleciało osiem gatunków ptaków, w tym kapturki, trznadle, muchołówki i kosy, które piły i kąpały się zgodnie, rozbryzgując wodę na boki. Pocieszny widok.

Bohaterami odcinka były obok roślin owce olkuskie. O roli owiec jako żywych kosiarek opowiadamy wielokrotnie, ale w środowisku ciepłolubnych zbiorowisk trawiastych są właściwie niezastąpione. Żerują na stromych stokach, zgryzają roślinność wybiórczo omijając jakimś cudem te, które decydują o wartości przyrodniczej, są odporne na wysokie temperatury. Są też niezwykle plenne, gdyż samica owcy olkuskiej wydać może na świat jednorazowo nawet 4-6 młodych, gdy najczęściej owce rodzą do dwóch młodych. Rekordzistka dochowała się w ciągu swojego życia ponad 40-stu jagniąt! O specyfice tej rasy opowiedział nam bardzo interesująco doświadczony hodowca - dr Tomasz Korczyński. Wyjątkowość tej misji polegała na tym, że odwiedzaliśmy środowiska od dawna silnie kształtowane ludzką ręką i chyba właśnie z tej przyczyny aż tak cenne. W jakimś sensie działalność człowieka przysłużyła się tu różnorodności biologicznej, którą próbuje się utrzymać na stałym poziomie. Chwilami mamy coś z bobra laughing



Puszcza Knyszyńska - odcinek 8

Puszcza Knyszyńska do której wybraliśmy się na kolejną misję to miejsce dzikie i piękne, bogate w lasy borealne, torfowiska, bagna. Na tę misję musiałam specjalnie kupić sobie kalosze, odkryłam najlepszy środek na komary a po tej wyprawie od reżysera dostałam całkowity zakaz próbowania roślin nieznanego pochodzenia, które podsuwał mi mój towarzysz podróży Romek… A dlaczego wyjaśnię za chwilę, bo tego nie zobaczycie w odcinku.

Gdy przemierzaliśmy puszczę spokojną szosą, spotkaliśmy przy drodze Andrzeja, z którym byliśmy umówieni. Z nim jako przewodnikiem zobaczyliśmy najpiękniejsze przyrodniczo zakamarki Puszczy Knyszyńskiej. Dzięki niemu poznaliśmy kompletnie nieznane nam wcześniej rośliny. Andrzej nie spodziewał się jednak, że Romek, który jest przyrodnikiem i zna sporo roślin, dla żartów da mi do spróbowania trującą roślinę o nazwie wawrzynek wilczełyko. Nie spodziewał się też, że ja jak dziecko wezmę do buzi tę roślinę, ugryzę i połknę. Na szczęście zapiekło mnie więc część wyplułam. Kilka minut później kiedy szliśmy dalej za Andrzejem a on opowiadał nam o stanowiskach roślin chronionych i o ich działaniu, poczułam jak puchnie mi gardło. Wtedy z ust Andrzeja padło zdanie "przyjrzyjcie się tej roślinie zapamiętajcie ją, bo jest trująca ,a dawka śmiertelna to zaledwie 4 jagódki". Zamarłam bo właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że Romek chciał mnie otruć smile. Przyznałam się Andrzejowi, że dziwnie się czuję, że przed chwilą wzięłam do ust tę trującą roślinę ale część wyplułam. Wszyscy na mnie dziwnie patrzyli. Byliśmy w środku puszczy z kiepskim zasięgiem telefonicznym a ja miałam wrażenie, że wilczełyko wypala mi gardło jakbym zjadła czuszkę albo napiła się jakiego kwasu solnego. Po kilku minutach Romek jednak stwierdził, że nic mi nie będzie, że tylko trochę sobie poparzyłam gardło ale nie umrę i wyruszyliśmy w dalszą drogę a misja trwała dalej…

Przez kilka godzin nie jadłam nie piłam ale za to podziwiałam dziką przyrodę, a było co podziwiać. Orliki, cietrzewie, dubelty, chronione i bardzo rzadkie gatunki dzięciołów to tylko niektóre okazy dzikiej przyrody na które natrafiliśmy podczas tej wyprawy. Dowiedziałam się też kto jest najlepszym w Europie hydrotechnikiem. No kto? Wiecie? Tak, bóbr, król i władca spokojnych rzek.

Udało nam się też, za pomocą specjalnej aparatury podsłuchać samce dubelta jak tokują na tokowiskach. Na koniec wyprawy odwiedziliśmy Rezerwat Żuwinty na Litwie, gdzie w ramach programu Natura 2000 zostały stworzone miejsca ochrony obserwacji i badań. Naukowcy na rozległych terenach podmokłych, torfowiskach i bagnach spędzają pół swojego życia aby chronić zagrożone gatunki roślin i zwierząt. Jeśli kochacie dziką przyrodę, piękne krajobrazy w które nie ingeruje człowiek, to zapraszam na odcinek o Puszczy Knyszyńskiej.



Puszcza Knyszyńska - odcinek 8

Na początek muszę złożyć oświadczenie odnosząc się do tego, co przeczytałem powyżej, gdyż obawiam się o swoją przyszłość, również tę wirtualną. Przyznaję się do nakarmienia niejakiej Gosi K. wawrzynkiem, ale dałem tej Pani tylko pół owocu a drugie pół zjadłem osobiście i świadomie. Każde z nas przyjęło 1/20 dawki śmiertelnej a nie jak sugeruje pokrzywdzona 1/5, gdyż wszelkie źródła wspominają o niebezpiecznej granicy, która zaczyna się od 10-12 całych owoców. Nie zaprzeczę, że było to działanie z malutką dozą ryzyka, aczkolwiek przemyślane, które nie miało na celu wyeliminowania współprowadzącej, tylko było rodzajem naukowego eksperymentu. Niestety drugi królik o tym nie wiedział. W efekcie okazało się, że inaczej zareagowaliśmy na tę samą dawkę. Doświadczenie to okazało się bardzo inspirujące, dla Gosi K. jak czytam, nieco mniej przyjemne. Koniec wyjaśnień.

Co mógłbym powiedzieć krótko o Puszczy, czy nawet o całym Podlasiu - to miejsce, gdzie chciałoby się żyć. Jeśli Puszcza Knyszyńska byłaby dziesiątką na mapie, to właściwie lotką trafiałem w każde pole, ale nie w sam środek. I najczęściej nie były to zwyczajne wizyty, bo np. w sąsiedniej Puszczy Białowieskiej dwukrotnie prowadziłem inwentaryzację sów, obóz obrączkarski nad Zb. Siemianówka, w Wigierskim PN wykonałem inwentaryzację ptaków, na Czerwonym Bagnie w Biebrzańskim PN prowadziłem badania zespołów ptaków, obecnie na Bagnie Ławki - badania biologii uszatki błotnej. Przylegająca Puszcza Augustowska to miejsce, gdzie bywałem parokrotnie na obozach sportowych. To chyba nie przypadek że tu właśnie postanowiłem zostać przyrodnikiem, nie sportowcem, i to nie ze względu na słabe wyniki w lekkiej atletyce wink Zajrzeliśmy tu pół roku wcześniej z ekipą, gdy zbieraliśmy materiały dotyczące poszczególnych lokalizacji. Wtedy zresztą poznałem po raz pierwszy ładniejszą część ekipy - Gosię. Niektórzy mówią, że to miejsce wcale nie ustępuje ostatnim na niżu Europy lasom pierwotnym Puszczy Białowieskiej. Jakaś część prawdy na pewno w tym jest, jeśli weźmie się dodatkowo pod uwagę różnorodność środowisk, zwłaszcza wodnych i łąkowych. W czasie Misji miło było się spotkać z kilkoma ornitologami, starymi znajomymi - Tomkiem Tumielem i Sławkiem Niedźwiedzkim i poznać kilku innych fascynatów. Wyjątkowo miło wspominam nasze rozmowy z botanikiem Andrzejem Kamockim, który angażuje się mocno w ochronę stada wolnych żubrów. Może analogicznie ja także powinienem coś robić dla roślin a nie tylko je zjadać i fotografować? Pomyślę. Andrzej był naszym przewodnikiem w wielu pięknych miejscach, z czego najbardziej zapadły mi w pamięci ogromne źródliska w formie wysięków i torfowiska z roślinami, których nigdy nie widziałem i pewnie już nie zobaczę, gdyż są to relikty na jedynych stanowiskach w Polsce, jak choćby chamedafne północna. W pewnej chwili dostaliśmy telefon od Tomka Tumiela, który w gęstej świerczynie na bagnie znalazł czynne gniazdo dzięcioła trójpalczastego. Pojechaliśmy tam w te pędy. Rodzice karmili młode w naszej obecności i wystarczyło po prostu cicho się zachowywać. Nawet Gosia niewiele mówiła smile Wsłuchiwałem się w odgłosy młodych i dorosłych ptaków, bo choć parokrotnie widziałem i słyszałem te dzięcioły, to nigdy w tak intymnych okolicznościach. Ceniłem te chwile, kiedy to obok zadań związanych z Misją zdobywaliśmy ciekawe doświadczenia terenowe.



Góry Słonne i Pogórze Przemyskie - odcinek 7

Podczas kolejnej Misji Romek zabrał mnie na Pogórze Przemyskie i w Góry Słonne. Odwiedziliśmy położoną przy granicy z Ukrainą Kalwarię Pacławską. Zanim dotarliśmy do miejsc objętych programem Natura 2000, po drodze zatrzymaliśmy się w klasztorze franciszkanów i zwiedziliśmy  ociekające złotem i dziełami sztuki sanktuarium, w którym czułam się jak w pałacu. Tak jak na pielgrzymach, tak i na mnie to święte miejsce zrobiło duże wrażenie. Później wybraliśmy się na spotkanie z Radkiem Michalskim z Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze, który opowiedział nam o cechach lasu naturalnego, aktywnej ochronie pierwotnego stanu Puszczy Karpackiej  i pokazał nam jak za pomocą sita entomologicznego  wolontariusze pracują przy poszukiwaniu chronionych gatunków owadów i jak prowadzone są badania nad nimi. To naprawdę mozolna praca, porównywalna z szydełkowaniem albo z szukaniem igły w stogu siana. Trzeba mieć w sobie coś z ciekawskiego detektywa i spokojnego, cierpliwego entomologa… słowem spojrzałam, zrobiłam duże oczy i musiałam zabrać się do pracy. Już po 15 minutach moja cierpliwość przy poszukiwaniach zagłębka bruzdkowanego wyczerpała się. Później z Romkiem mieliśmy chwilę przerwy, bo około godzinę naszej ekipie zajęło poszukiwanie i sfilmowanie kolejnego, rzadkiego owada -  zgniotka cynobrowego, którego larwy zamieszkują pnie spróchniałych jodeł. Po tym spotkaniu zastanawiałam się jak można fascynować się i śledzić życie małych owadów, na które każde dziecko (a i niejeden dorosły) potocznie mówi robal. A jednak można.
„Detektyw” Romuald Mikusek nie odpuszczał i wciąż szukał dla nas nowych wrażeń. Kolejny punkt naszego programu był jeszcze bardziej tajemniczy, bowiem szukaliśmy ofiar i oprawców…nawet zapach był jak z kryminału. Najpierw natknęliśmy się na trop wilka. Romuald wytłumaczył mi i pokazał różnicę między śladem wilka a psa. Za chwilę odnalazł tropy dużej zwierzyny i w końcu poczuliśmy nieprzyjemny odór, który doprowadził nas do martwego zwierzaka. Był to jeleń, który prawdopodobnie stał się ofiarą wilka. Między jednym a drugim miejscem pokonaliśmy strome zbocza i pagórki Lasu Karaszyn, gdzie cała ekipa zmagała się z dziką przyrodą i swoimi słabościami. Kilka razy zdarzyło mi się zjechać na pupie z dość wysokiego i stromego podejścia i gdyby nie pomoc kolegów, to mimo dobrego obuwia raczej nie dotarłabym do celu. Po drodze spotkaliśmy fotografa przyrody i wielkiego tropiciela a zarazem miłośnika zwierząt - Grzegorza Leśniewskiego, który opowiedział nam kilka anegdot o tym jak fotografuje dzikie zwierzęta w ich naturalnym środowisku. Kolejnym pełnym emocji miejscem była Dolina Orłów. Żeby przyjrzeć się lepiej krążącym orłom przednim weszliśmy na dach naszego samochodu z lornetkami w dłoniach… miałam tylko nadzieję, że nie stanę się obiektem ich polowań i choć wiem, że wzrok mają bardzo dobry, to z takiej wysokości mogłam kojarzyć im się z małą, szarą myszką. Na koniec odwiedziliśmy jeszcze dwa miejsca. Spotkaliśmy się w lesie z Przemkiem Wasiakiem, który opowiedział nam o fotopułapkach, które nie służą po prostu do robienia ładnych zdjęć zwierząt, ale do monitorowania ich liczebności. Wspólnie umieściliśmy fotopułapkę w miejscu, które nam wskazał. Co zarejestrowała - zobaczycie sami w programie Misja Natura. Mogę jedynie podpowiedzieć, że były to duże zwierzęta futerkowe J. Drugim miejscem była stadnina w Korzeńcu, gdzie można wybrać się na przejażdżkę konno po naturalnie pięknych łąkach i lasach.
Pogórze Przemyskie i Góry Słonne to raj dla miłośników pięknych krajobrazów i architektury a także tych którzy lubią wielokulturowość regionu i chcą wypocząć na łonie natury.



Góry Słonne i Pogórze Przemyskie - odcinek 7

Tradycyjnie przed wyjazdem zrobiłem rachunek i wynik wskazał zero… Żadnych wypadów w ten rejon, oficjalnie zaliczany do mezoregionu Góry Sanocko-Turczańskie, usytuowany między Pogórzem Przemyskim i Bieszczadami. Wcześniej niemal co roku odwiedzałem te ostatnie, Bieszczady, w tym część rumuńską. Spędziłem tu nawet kilka zimowych miesięcy opiekując się końmi przy słowackiej granicy. Ciekawe doświadczenie, można rzec - egzystencjonalne. Wyjazd musiał być ekscytujący, bo narzucał to sam obszar choćby przez swoją izolację i bogatą historię, która trwała wiekami i ucięła się równie nagle wraz z wysiedleniem ostatnich łemków. Przyroda w międzyczasie zatarła zupełnie wiele ścieżek i kładek, porosły krzakami i ziołami resztki domostw, izolowanych piwniczek, spichlerzy, zapadły się groby, zmurszały drewniane krzyże. Oznaką obecności dawnych osad są tu ciągle stare sady, teraz chętnie odwiedzane przez niedźwiedzie, dziki i jelenie. Po wojnie gospodarzem tych terenów stał się skarb państwa. Upodobały go sobie elity skupiając się na zabawie i polowaniach do czasu upadku PRL-u, czego niechlubną pozostałością jest Arłamów. Od niedawna tereny leśne użytkują tu głównie Lasy Państwowe i tu niestety rozpoczyna się kolejny, nieprzyjemny rozdział, gdyż pozostawiona samej sobie przez wieki Puszcza Karpacka o cechach lasu pierwotnego, okazała się być obecnie bardzo atrakcyjna dla przemysłu drzewnego. Od lat trwają bezskutecznie starania zmierzające do powołania tu parku narodowego, jednak corocznie wartość przyrodnicza tego terenu spada na skutek intensywnego pozyskania surowca, głównie wiekowych buków i jodeł. Przyznam się, że nigdzie w Polsce nie spotkałem się z tak narosłym konfliktem między ochroną przyrody a ekonomią, w której ta pierwsza przegrywa z kretesem. Trudno o tym nie pisać, jeśli ktoś przyjrzy się temu procederowi z bliska, zwłaszcza z perespektywy działań Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze. Utworzenie strefy ochronnej w myśl polskiego prawa w tych miejscach graniczy niemal z cudem, pomimo, że prawo wszędzie mamy to samo. Oczywiście wolałbym pamiętać tą Misję choćby przez pryzmat rz. Jamnik wijącej się malowniczo Doliną Orłów, cudownej Doliny Wiaru, spotkań z małymi, chronionymi owadami związanymi z martwym drewnem, takimi jak zgniotek cynobrowy, zgłębek bruzdkowany i ponurek schneidera, wilczych tropów, poszukującego owadów dzięcioła trójpalczastego, głosu puszczyka uralskiego, wznoszących się w ciepłym prądzie powietrza orłów przednich i bocianów czarnych… Niełatwo jednak o tym myśleć w oderwaniu od drapieżnej gospodarki zostawiającej w puszczy głębokie rany, które będą goić się przez setki lat, oraz świadomości, że miejsca które odwiedziliśmy, przy następnym spotkaniu nie będą już takie same.



Zachodniowołyńska Dolina Bugu - odcinek 6

Kolejna nasza misja prowadziła przez jeden z najważniejszych korytarzy ekologicznych w Europie. Rozlewisko Bugu mogliśmy podziwiać z wieży obserwacyjnej a podczas spływu kajakiem bliżej przyjrzeć się ptakom, które zasiedliły brzeg tej rzeki. Zachodniowołyńska Dolina Bugu jest ważnym szlakiem migracyjnym dla ptaków. Obserwowaliśmy też liczne kolonie rybitw ale na początku naszą wyprawę rozpoczęliśmy od odwiedzenia muraw kserotermicznych na podłożu lessowym. Tam właśnie spotkaliśmy się z Panią Anią, która pokazała nam stanowiska chronione takich roślin jak żmijowiec czerwony, macierzanka marszala czy kocimiętka (choć to roślina podobna do tej co lubią koty, to jednak w tym przypadku inna).
Bug to rzeka, która naturalnie meandruje, posiada liczne zatoki i rozlewiska. Wycieczkę kajakiem zorganizował nam Marek Kołodziejczyk, przyjaciel Romka, który m.in. także przepięknie rysuje ptaki i otaczającą ich przyrodę i jest autorem wielu ilustracji w książkach przyrodniczych. Z Markiem spotkaliśmy się nad rzeką, gdzie czekał na nas malując ptaki żyjące nad Bugiem. Wsiedliśmy do kajaków i popłynęliśmy szlakiem, który objęty jest programem Natura 2000. Przyglądaliśmy się zimorodkom i innym ptakom, dla których bliskość rzeki Bug jest niezbędna do życia. Marek oprócz tego, że pięknie rysuje ptaki, to równie bajecznie opowiada o ich życiu a także historii tego wyjątkowego miejsca .Godzinami może opowiadać o ptaszkach z którymi obcuje i które go fascynują.
Kolejny dzień naszej Misji był równie ekscytujący jak poprzedni. Tym razem Romek zabrał mnie na Suśle Wzgórze. Tam ze specjalistą od susła perełkowanego – Krzysztofem Próchnickim - liczyliśmy osobniki tego gatunku. Bawiła mnie ta zabawa w kotka i myszkę. Ogromne wzgórze, setki małych norek i ekipa leżąca na trawie z ustawionymi kamerkami gopro. Susełki to malutkie zwierzątka futerkowe o uroczych pyszczkach, trochę przypominają wiewiórkę trochę surykatkę, szybkie i śmieszne w sposobie poruszania. Obserwowanie ich to prawdziwa przyjemność.
A teraz krótka charakterystyka obrazka który pozostanie w mojej pamięci na długo. Upał 30 stopni Celsjusza, wzgórze pozbawione drzew, słowem patelnia, a na niej leżące ciała z dużą ilością kabli i obiektywów wokół małej dziurki w ziemi z której być może za chwilę wyłoni się mały susełek. Zupełnie jakby się z nami bawił w chowanego. I gdzie człowiek nie spojrzy to zielone łąki, wzgórza i błyszczące w słońcu rozlewiska wyglądające jak uprawy ryżu w Chinach. Warto zatem zobaczyć co zarejestrowały nasze kamery. Do zobaczenia na szklanym ekranie.

Pozdrawiam Gosia Kosik



Zachodniowołyńska Dolina Bugu - odcinek 6

Bardzo się cieszyłem na tę Misję z dwóch powodów. Po pierwsze mieliśmy się spotkać nos w nos z susłami perełkowanymi. Wcześniej oglądałem jedynie susły karliki (Spermophilus pygmaeus) na Krymie podczas wyprawy fotograficznej z Grzesiem Leśniewskim. Drugi, rodzimy gatunek susłów - suseł moręgowany, również skutecznie krył się przed moim wzrokiem, choć bytują niedaleko ode mnie, na Opolszczyźnie. Zostały tu wsiedlone na początku tego wieku, po 30-letniej nieobecności. Również susły perełkowane ciężko radzą sobie przy obecnej gospodarce człowieka i praktycznie bez czynnej ochrony raczej nie egzystowałyby na naszych ziemiach. Dawne podejście, które - podobnie jak w przypadku ochrony biegusa zmiennego - zakładało brak jakiejkolwiek ingerencji człowieka, przeszło już dawno do lamusa. Teraz wiemy, że susły potrzebują obecności zwierząt gospodarskich, które kształtują ich środowisko. Z życiem suślej kolonii zapoznawał nas teriolog dr Andrzej Próchnicki, autor świetnej monografii o tych ssakach. To dzięki takim pasjonatom dowiadujemy się o zwierzętach tak wiele, że ich ochrona jest dużo bardziej skuteczna. Bez tej wiedzy błądzilibyśmy ciemną doliną. Z czasem susły przyzwyczajały się do naszej obecności, także udało nam się je podglądać z całkiem bliska, delektując się ich zabawnym wyglądem, ruchami, głosem, zapachem. Fascynujące zwierzątka. Przyznam się, że pilnie wyglądałem ich wrogów - orlików krzykliwych, które chętnie przylatują tu na łowy. Przy tak wielu rozbieganych oczkach i świetnie rozwiniętym systemie informacji, na pewno nie jest orlikowi łatwo cokolwiek upolować.
Planowany spływ Bugiem to druga rzecz, która mnie ogromnie radowała. Miał trwać krótko i jakimś trafem przedłużył się na cały dzień. Dla mnie była to ogromna gratka, ale chyba nie cała ekipa podzielała mój zapał. Płynęliśmy w towarzystwie mojego przyjaciela - Marka Kołodziejczyka, który teren ten zna doskonale. Fascynujące były mijane przez nas środowiska wielkich, piaszczystych skarp, odciętych, mocno zarośniętych starorzeczy a nade wszystko malowniczych lasów łęgowych. Nad naszymi głowami bez przerwy przelatywały rybitwy białowąse, białoskrzydłe i brzegówki. Często zrywały się czaple, słychać było sieweczki, rycyki i inne ptaki siewkowe, a nawet bączki. Na zalanych, wystających z wody drzewach można spotkać tu przysiadujące puchacze, ale żeby je zobaczyć trzeba mieć jednak sporo szczęścia, czasu i cierpliwości. Markowi to się udało kilkakrotnie, jednak nie tym razem niestety. Parokrotnie i całkiem przypadkiem za bardzo zbliżyliśmy się do granicy z Ukrainą. Do celu dotarliśmy właściwie po zmroku i w całym tym zamieszaniu utopiłem na dobre telefon. Rzecz nabyta, za to wspomnień związanych z tym dniem nikt nam nie odbierze.



Zalew szczeciński - odcinek 5

Zalew Szczeciński do tej pory kojarzył mi się z wypoczynkiem i koncertami. Często bywałam w tej okolicy, ale raczej jako artystka i turystka. Tym razem podczas realizacji serialu Misja Natura pojawiłam się tutaj w towarzystwie ornitologa jako ciekawa świata przyrodniczego dziennikarka. Na szczęście grałam siebie, gdyż ciekawość jest moją cechą wrodzoną. Tym razem wraz z Romkiem mieliśmy namierzyć bielika, ptaka drapieżnego z rodziny jastrzębiowatych. Druga część zadania polegała na rozeznaniu w jaki sposób ludzie korzystają z programu Natura 2000, chroniąc zagrożone gatunki roślin i ptaków w okolicach Łąk Skoszewskich i Zalewu Szczecińskiego. Pierwszym naszym gościem była Pani Małgorzata Torbé. Spotkaliśmy się z nią na Wzgórzu Wisielców, gdzie ciekawie opowiedziała nam o tym jak obecnie wraca się do starych metod gospodarowania, o słonoroślach, o mieszaniu się wody słodkiej ze słoną, czyli wód Odry i Bałtyku oraz jakie przynosi to konsekwencje dla przyrody. Poruszyliśmy temat dużej populacji konika polskiego i bydła szkockiego, które dobrze wpływają na chronione siedliska ptaków siewkowych, poprzez zgryzanie traw. Pani Małgorzata pokazała nam ogromne stada tych zwierząt a później w "mini-muzeum", trzymając w rękach czaszki tych zwierząt, wytłumaczyła jak różna technika zgryzania traw wpływa na tereny objęte ochroną.

Następnego dnia od rana nie mogłam doczekać się wyprawy związanej z podglądaniem bielików w ich naturalnym środowisku. Ornitolog Sebastian Guentzel zapewnił nam tego dnia dużo wrażeń związanych właśnie z bielikami. Ptaki te na żywo robią ogromne wrażenie. Są potężne a ich gniazda to gigantyczne i ciężkie konstrukcje, które służą im latami. Zaskoczyła mnie informacja, że bieliki są monogamistami i wiążą się w pary na całe życie. Tylko śmierć jednego z partnerów może spowodować, że bielik założy drugą rodzinę. Dowiedziałam się, że dojrzałość osiągają w wieku 5-6 lat i że rozpoznać dorosłego ptaka można po białym ogonie i jasnej głowie. Zagrożeniem dla tych pięknych ptaków są oczywiście ludzie, którzy strzelają do nich jak do szkodników na stawach i którzy wycinają lasy gdzie bieliki zakładają gniazda i wychowują małe. Mogą też ginąć w wirnikach elektrowni wiatrowych, jeśli te zostały postawione w nieodpowiednim miejscu.

A tak z ciekawostek przyrodniczo-historycznych to m.in. przysłuchiwałam się dyskusji pomiędzy dyspozytorem a Romkiem na temat tego jaki gatunek ptaka widnieje w naszym godle i czy na denarach Bolesława Chrobrego widać pawia, orła a może orłana laughing...dyskutowali i spierali się jak dzieci, który ma rację. Śmiałam się z nich bo dwa samce alfa udowadniali samicy swoje racje. Stroszyli piórka i tylko czekałam kiedy dojdzie do walki kogutów. Jako samica przyznam, że nawet mi to trochę imponowało laughing ...A co w końcu ustalili, dowiecie się, gdy do końca obejrzycie nasz odcinek o Zalewie Szczecińskim.



Zalew Szczeciński - odcinek 5

Tę część kraju odwiedzałem rzadko, przy czym byłem tu wcześniej w miejscach, które podczas wspólnego wyjazdu z Misją ominęliśmy. Mam na myśli rezerwat Karsiborska Kępa, Woliński Park Narodowy z pięknymi klifami czy nawet fragment Morza Bałtyckiego będący w granicach Parku od 1996 roku. Nie mogę tego żałować, gdyż spojrzałem na tę część kraju z nieco innej perspektywy. Duże wrażenie zrobiła na mnie wizyta na Wzgórzu Wisielców i pobliskich solniskach w którą udaliśmy się z dr Małgorzatą Torbé. To jedna z kolejnych, pozytywnie zakręconych osób, które łatwo odciskają swoje piętno w drugim człowieku. Swoją pasję badacza przyrody połączyła z działalnością ochroniarską i popularyzatorską w Stowarzyszeniu na Rzecz Wybrzeża. Aby utrzymać łąki w niezmiennej postaci wykorzystują tu nie tylko koniki polskie, ale też bydło szkockie. Jedne i drugie mogą żyć w stanie półdzikim i nie wymagają dodatkowego dokarmiania w takich miejscach jak Zalew Szczeciński, gdzie zimy są łagodniejsze i opady śniegu rzadkie. Oczywiście najistotniejsze dla mnie jako ornitologa były ptaki, w tym bieliki, które wokół Zalewu osiągają największe zagęszczenia w Polsce. Przyglądaliśmy się tym ptakom wielokrotnie w różnych odcinkach Misji, ale nigdzie z takiego bliska, a to dzięki temu, że od dłuższego czasu są oswajane z obecnością człowieka. Jak się okazuje pokazywanie z niewielkiej odległości bielików, pragnącym bliskiego kontaktu z przyrodą turystom, może stanowić dla rybaków dodatkowe źródło dochodów. To pozwala im inaczej spojrzeć na te piękne ptaki, nie tylko z pozycji konkurenta o zasoby rybne. Jego ogromne gniazda ważące nawet 1 tonę oglądaliśmy z miejsc łatwo dostępnych, tj. z dróg i portów, gdy w pozostałej części kraju bielik wybiera zwykle izolowane ostępy leśne. Historia bielików to historia dużego sukcesu ochroniarskiego, gdyż sam jeszcze pamiętam sytuację, gdy w latach 80. XX w. całą Polską populację szacowano zaledwie na 150 par lęgowych, obecnie niemal na 10x więcej! To czasy, kiedy z różnymi ludźmi można porozmawiać o ptakach, które jeszcze do niedawna były dla ludzi kompletnie nieznane. Jeden z hodowców krów opowiadał nam o tym jak wywozi swoje krowy promem na wyspę i przywozi je z powrotem po paru miesiącach. W tym czasie zgryzają i wydeptują trawę tworząc odpowiednie środowisko dla utrzymania skrajnie nielicznej populacji wodniczki, która gniazduje tu zarówno po stronie polskiej jak i niemieckiej. Nie zapomnę z jakim ciepłem człowiek ten wypowiadał się o tym małym ptaszku. Wodniczka to ptak o fascynującej biologii, którą znam dobrze z Doliny Biebrzy, gdzie m.in. pomagałem prof. Andrzejowi Dyrczowi przy badaniach jej ekologii lęgowej jako wolontariusz, jeszcze przed rozpoczęciem studiów. Nota bene wróciłem tam w tym roku przy okazji innych badań, dzięki czemu mogę do woli napawać się pięknym śpiewem tego zagrożonego w skali globalnej ptaka.



Dolina Noteci - odcinek 4

To była bardzo dziwna misja. Praktycznie jak detektywi przepytywaliśmy okolicznych mieszkańców i specjalistów o rzeki i wody gruntowe. Śledziliśmy prace melioracyjne, które miały tu miejsce na przestrzeni ostatnich lat i powracaliśmy we wspomnieniach mieszkańców do sytuacji związanych z wodami sprzed kilkudziesięciu lat.

Tym razem kody lokalizacji i informacje o naszych ekspertach otrzymywaliśmy od Agnieszki -córki dyspozytora - który wraz z asystentem Adamem wybrał się do Austrii żeby zrobić rozeznanie, jak sytuacja rzek wygląda pod Wiedniem m.in w Parku Donau-Auen na rzece Dunaj.

Tymczasem z Romkiem natomiast penetrowaliśmy polską rzekę Noteć. Usiłowałam zrozumieć dlaczego dawniej nie było tak wielkich powodzi jak teraz, pomimo, iż rzeki nie były wówczas regulowane. Podejrzeliśmy pracę bobrów. Czy na pewno bobry to szkodniki? Miałam wątpliwości. Tworzą one tamy i spiętrzają wodę która podmywa okoliczne drzewa. Ponieważ w wodzie czują się znacznie lepiej i bezpieczniej, dzięki temu łatwiej docierają do pożywienia. Porównując to, co robi się u nas i w Austrii, mam wrażenie, że jesteśmy na jakimś wcześniejszym etapie zrozumienia przyrody. Po latach intensywnych melioracji Austriacy zdecydowali się na powrót do naturalnego koryta rzek. Stworzyli Park Narodowy, gdzie turyści podczas spływu kajakiem mogą zobaczyć naturalny brzeg rzeki i ich mieszkańców. W rezerwacie pod Wiedniem żyją bieliki, europejskie żółwie błotne i wiele innych chronionych gatunków roślin i zwierząt.

Misja ta była bardzo ekscytująca i pouczająca. Dowiedziałam się co to są przepławki, gdzie znajduje się ostoja podróżniczka, dowiedziałam się o przyczynach ginięcia kulika wielkiego a przy ognisku zgłębialiśmy naszą wiedzę przyrodniczą dotyczącą koszenia traw w związku z ochroną derkaczy, ptaka który rzadko lata, dzięki czemu łatwo można go zaobrączkować a potem śledzić jego poczynania.

A na koniec taka mała dygresja. Nie ma to jak z przyrodnikiem wybrać się w tereny podmokłe w różowych kaloszkach?i pełnym makijażu :) nawet bobry były zachwycone tym moim wcieleniem smile



Dolina Noteci - odcinek 4

Uwielbiam odwiedzać nowe miejsca, bo zmysły wytężają się wtedy po wielokroć i człowiek chłonie wszystko jak gąbka. Tak było właśnie w Dolinie Noteci, gdzie byłem po raz pierwszy. Kiedyś po sąsiedzku spłynąłem tu w tydzień urokliwą i nieprzewidywalną rzeką Drawą do jej ujścia, gdzie wpada do Noteci. Teraz z Gosią w czasie naszej Misji też udało nam się spłynąć jej małym odcinkiem. Ze względu na słaby zasięg naszych telefonów komórkowych dotarliśmy nieco dalej niż było to umówione, co mnie bardzo uradowało, gdyż mogliśmy dłużej cieszyć się ciszą i przyrodą. Noteć z kolei wpływa do Warty a ta do Odry, gdzie w ujściu znajduje się kultowe miejsce dla ornitologów - PN Ujście Warty. Oczywiście w ten sposób palcem po mapie moglibyśmy przejść cały kraj, dlatego lepiej może wróćmy nad Noteć. Polecam każdemu odwiedzić skarpę powyżej wsi Góra nad Notecią, na zachód od Pianówka, z której rozpościera się rozległy widok na rzekę Noteć i jej tarasy zalewowe. Stąd można podziwiać krążące kanie czarne i rude. Wspólnym mianownikiem całego odcinka była woda. Nawet gdy odwiedzaliśmy nadnoteckie łąki znać było, że ich żyzność jest następstwem regularnych wylewów. Pokonując rzekę mostem często nawet nie zdajemy sobie sprawy z jej istnienia, zwykle też nie wiemy jak się nazywa. Prom pozwala na chwilę zatrzymać się w drodze i spojrzeć na rzekę inaczej, w cenie przeprawy oferując chwilę zadumy. Nasi przodkowie żyli przecież zawsze blisko wody, teraz patrzymy na nią tylko okazjonalnie. Chyba zbyt rzadko i zbyt krótko. Bardzo sympatyczne wspominam spotkanie z chłopakami z Nadnoteckiego koła terenowego ‘Salamandra’, z którymi przy ognisku gawędziliśmy sobie o ptakach. Swoim zaangażowaniem i entuzjazmem na pewno jeszcze niejednego zarażą. Pocieszające jest to, że podgrzewają tę pasję nie tylko dzięki płomieniom ogniska, ale też wspólnym działaniom na rzecz ochrony przyrody. Nasza wizyta w Dolinie Noteci miała miejsce z początkiem lipca, kiedy mogliśmy posłuchać grania ostatnich derkaczy, podziwiać polujące kanie i bieliki, nawołujące rycyki czy oglądać jeszcze niewyrośnięte bociany białe w gniazdach. Miejsce to jest wyjątkowe w okresie przelotów, gdyż przebiega tu jeden z ważniejszych korytarzy migracyjnych ptaków na linii wschód-zachód. To chyba jeden z ważniejszych powodów, dla którego obiecałem sobie tu kiedyś wrócić, zapewne jesienią lub wczesną wiosną. Do zobaczenia na rowerowym szlaku!



Dolina Baryczy - odcinek 3

Kolejną, ekscytującą przygodę przeżyliśmy w Dolinie Baryczy na Dolnym Śląsku. Na obszarze tym funkcjonuje wielka liczba stawów. Część z nich nie jest już użytkowana. Jeśli są stawy to i dużo ryb, a jeśli ryby to oczywiście mnóstwo ptaków. Doliczono się tu ich ponad 260 gatunków. I rzeczywiście w czasie naszej podróży ciągle widzieliśmy jakieś nowe. Z tego powodu miejsce jest doskonałe dla badań dla naukowców i obserwatorów ptaków. Wieża obserwacyjna Grabownica to najwyższy obiekt w okolicy. Ilość kanapek i siła desperacji , jak mówi Romek, to warunki wytrwałych i długich obserwacji. Udało nam się spotkać między innymi bieliki ,błotniaki stawowe, czaple białe, gęgawy, łabędzie krzykliwe. Podczas tej podróży ptasią krainę zwiedzaliśmy na rowerach, pociągiem a także pieszo, także w kaloszach i w woderach.

W Stacji Ornitologicznej Uniw. Wrocławskiego w Rudzie Sułowskiej spotkaliśmy się w z Panią Beatą Orłowską, która opowiedziała nam o tym jak taka stacja działa i czym się zajmują osoby, które w niej pracują. Spod stacji w towarzystwie Oli Wasińskiej wybraliśmy się pod gniazdo remiza, który buduje swój domek głównie na wierzbach, brzozach, korzystając z materiałów budowlanych takich m.in jak pałka wodna. Ola opowiedziała nam o godach remiza i jego ciekawych sposobach na rodzinną sielankę.

Stawy przedzielone są groblami a na nich rośnie wiele starych drzew. Również wzdłuż dróg jest tutaj wyjątkowo wiele alei gęsto porośniętych wiekowymi drzewami. Dr Piotr Tyszko-Chmielowiec opowiedział nam tutaj o akcji "Projekt dla Natury", sadzeniu dębów, tak aby chroniony i rzadki kozioróg dębosz miał komfortowe warunki do życia. Larwy tego owada przebywają pod korą dębu i dopiero po 4-5 latach przeobrażają się i wychodzą na zewnątrz szukając partnerów do rozrodu. Gdybym go wcześniej zobaczyła w lesie na drzewie, to z pewnością... narobiłabym krzyku, ale jak już mu się bliżej przyjrzałem i lepiej poznałam jego zwyczaje, to w tej chwili wzbudziłby we mnie więcej ciekawości niż strachu. W towarzystwie całej ekipy czułam się bezpiecznie i miałam świadomość, że rejestrujemy ważny moment w życiu dla tego owada. Jego pierwsze wyjście na świat po kilku latach siedzenia w ciemności.

Wróciliśmy nad stawy aby porozmawiać o dobrych praktykach, opróżnianiu stawów, o roli stawów jako miejsca odpoczynku i miejsca żerowania dla wędrujących ptaków. No i w końcu zobaczyliśmy osławioną podgorzałkę. Nie było łatwo ją wypatrzeć.

Dolina Baryczy do końca życia będę kojarzyć z dużą ilością ptaków, komarów i wczesnym wstawaniem przed wschodem słońca, aby już o wschodzie być na stanowisku z rozstawioną kamerą i rejestrować życie ptaków od wczesnych godzin porannych.



Dolina Baryczy - odcinek 3

Dla mnie był to szczególny odcinek, gdyż odwiedziliśmy miejsca bliskie mojemu sercu: tutaj byłem na moim pierwszym zjeździe ornitologicznym, tutaj widziałem wiele nowych dla mnie gatunków, w tym czaplę purpurową i wąsatkę, tutaj też poznałem pierwszych, zawodowych ornitologów, z którymi przyjaźnię się do dziś. Niezapomniane były praktyki studenckie w Rudzie Milickiej czy kurs wspinaczki drzewnej. Dużo się zmieniło od tego czasu. Zniknęła kolejka wąskotorowa, którą przyjeżdżaliśmy na zajęcia terenowe. Podobną, ale kursującą w zamkniętej pętli po rozległym parku wybudowano w sąsiednich Krośnicach. W miejscu rozebranych torów powstały ścieżki rowerowe. Wielu ludzi żyje tu obecnie z turystyki, czego nie widziało się tutaj ćwierć wieku temu. Przyciągają piękne szlaki rowerowe, szlaki wodne po Baryczy przystosowane do spływów kajakami, a nade wszystko świetnie utrzymane wieże i schrony obserwacyjne dla miłośników przyrody. Z wieży na stawie Grabownica obserwowaliśmy z Gosią piękną scenę, kiedy to jeleń z ogromnym porożem przechadzał się wśród stada żurawi po płytkim błocie, po czym zniknął w trzcinach nie budząc niepokoju ptaków. Co się nie zmieniło to przyroda, aczkolwiek i ona nie stoi tak naprawdę w miejscu. Dopiero po długich poszukiwaniach udało nam się zobaczyć na jednym ze stawów podgorzałkę, która dawniej była tu dość częsta. Ale być może znów jej populacja wróci do dawnej świetności, czego są już pierwsze oznaki. To ciekawe, że nikt nie wie tak naprawdę co stoi za tym ogromnym wahnięciem. Bardzo ucieszyło mnie spotkanie z okazałym koziorogiem dęboszem. Takie wyczekiwane chwile są wyjątkowo mistyczne. Ludzie którzy żyją na tym terenie okazują się nie mniej ciekawi, szczególnie że nie odgradzają się od natury, ale zapraszają ją pod swój dach. Przykładem tego jest ptasia wioska mająca w sobie coś z bajki. Imponującą pracę na rzecz przyrody robi tu Fundacja EkoRozwoju w osobie Piotra Tyszko-Chmielowiec i Doroty Chmielowiec-Tyszko, która szczególną troską otacza stare aleje drzew m.in. pod hasłem “Drogi dla Natury”. Ich aktywność zatacza coraz szersze kręgi i nie ogranicza się tylko do Doliny Baryczy. To dość zrozumiałe w kontekście podejścia człowieka do tych cennych przyrodniczo miejsc, traktowanych jako zbędny a nawet niebezpieczny element otoczenia. W takich przypadkach mam czasem wrażenie jakby Dawid walczył z Goliatem. Historia uczy, że nie warto się poddawać, więc bądźmy dobrej myśli.



Półwysep Helski i Zatoka Pucka - odcinek 2

Zatoka Pucka i Półwysep Helski, to miejsca do którego przyjeżdżam co roku od wielu lat. Zawsze w lipcu jestem tam na wakacjach i znam dobrze kilka miejsc objętych programem Natura 2000. Romek wiedział o tym a mimo to potrafił mnie zaskoczyć i pokazać kilka nieznanych mi miejsc. Ryf Mew na środku Zatoki Puckiej, który ciągnie się na długości 25 kilometrów, robi niesamowite wrażenie. Znałam go tylko z opowieści kiteserferów i nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek się tam znajdę. Roiło się tam od ptaków. Sielanka skończyła się, kiedy nasza łódź ugrzęzła na mieliźnie... Zanurzeni do pasa staraliśmy się ją wypchnąć, ale tylko pogarszaliśmy sytuację. Na dodatek ucierpiał mój aparat, którym zrobiłam wiele pięknych zdjęć. Również nie odzyskałem tych, zrobionych tego feralnego dnia. Jak mogłam się przekonać elektronika jest bezsilna w zderzeniu z solą morską. Okazuje się jednak, że są rośliny lądowe, które sobie świetnie radzą w zasolonym środowisku. Opowiadała nam o nich Katarzyna Żółkoś z Uniwersytetu Gdańskiego... ale może zacznę od początku.

Misję zaczęliśmy od Rezerwatu Beka, gdzie spotkaliśmy się z Jarosławem Wroszem, który opowiedział nam o swoim stadzie koni, przy pomocy których walczy z zarastającymi łąkami. Następnie historię o nieistniejącej już osadzie Beka opowiedział nam Krzysztof Garstkowiak. Kolejnym celem naszej Misji była torpedownia w Babich Dołach obiekt, który powstał w okresie II wojny światowej. Zastanawiałam się, co kupa cementu i stali może mieć wspólnego z Naturą 2000? Okazało się, że miejsce to upodobały sobie kormorany i mewy. Od ornitologów, z którymi się tam spotkaliśmy, dowiedziałam się co to są i jak wyglądają wypluwki i otolity.

Na drugi dzień odwiedziliśmy fokarium. Naszym przewodnikiem był profesor Krzysztof Skóra, który ciekawie opowiedział nam o zamieszkujących Bałtyk morświnach. Jest to gatunek zagrożony i niestety spora część tych pięknych zwierząt ginie w sieciach rybackich. Moją ciekawość wzbudziły detektory umieszczane w toni wodnej i dowiedziałam się, że jest taka specjalność, jak hydroakustyk. Jedna z historii o której opowiadał nam Pan Krzysztof bardzo mnie zasmuciła i wciąż o niej pamiętam. To opowieść o foce, która połykała wrzucane przez turystów do jej basenu monety. Oczywiście źle się to dla niej skończyło, a podczas sekcji z jej brzucha wyciągnięto 693 monety. Pan Krzysztof pokazał nam specjalne pomosty zrobione dla turystów w ramach ochrony wydm. Na tych wydmach żyje wiele gatunków roślin chronionych a turyści mogą je podziwiać z góry nie depcząc cennych okazów. A co najważniejsze w tym miejscu rozwiązaliśmy zagadkę, która nurtowała naszego dyspozytora, o czym dowiecie się z drugiego odcinka naszego serialu. Zapraszam!




Półwysep Helski i Zatoka Pucka - odcinek 2

W przeciwieństwie do Gosi nie przyjeżdżałem tutaj w przeszłości na wczasy. Jeszcze w szkole średniej byłem tu na pierwszych obozach ornitologicznych, w Ujściu Redy i Ujściu Wisły. Po drugiej stronie Zatoki Gdańskiej, k. Kuźnicy, kilka razy prowadziłem obozy jako kierownik punktu obrączkarskiego w ramach Akcji Bałtyckiej. Morze wydaje mi się piękniejsze jesienią, dlatego w lecie omijam ludne plaże. Podczas naszej Misji na Helu szczególnie ubawiła mnie historia babki byczej - obcego gatunku ryby w wodach Bałtyku. Sama jej obecność może nie jest wesoła, gdyż konkuruje ona z gatunkami ryb rodzimych, zjadając ich narybek, rzadkie gatunki małży, krewetki i wiele innych bezkręgowców przydennych. Zapewne nie da się jej wyplenić, choć często chwytana jest w sieci a i kormorany wciągnęły ją do swojego menu jako danie podstawowe. Stacja Morska na Helu proponuje babkę jako przysmak organizując degustację i podając gotowe przepisy na sałatki czy zupy z babki. Zabawnie wyglądają puszki z napisem "smaczna babka". Z tak niekonwencjonalnym a zarazem pomysłowym sposobem zwalczania obcego gatunku jeszcze się nie spotkałem.

Dla mnie, jako ornitologa, szczególnie ciekawa była wizyta w Torpedowni, którą upodobały sobie ptaki. Z dr Szymonem Bzomą weszliśmy na wyższe kondygnacje, gdzie zalegała gruba warstwa guana, które normalnie traktowane jest jako wyjątkowo cenny nawóz. Na szczęście dla ptaków nie ma na naszym wybrzeżu tradycji tego rodzaju. Na Torpedownię wkroczyły też rośliny pionierskie o których opowiedziała nam dr Katarzyna Żółkoś. Jak stwierdziła, pojawiły się tam zapewne w wyniku przypadkowego przeniesienia przez ptaki. Cenna była dla mnie też wizyta w rez. Beka i podglądanie ochrony czynnej w akcji, w towarzystwie Jarosława Wrosza. Członkowie OTOP próbują przywrócić tu siedliska, które skuszą biegusa zmiennego z podgatunku Calidris alpina schinzii, zwanego "biegusem bałtyckim" do powrotu na dawne lęgowiska. Póki co bezskutecznie, aczkolwiek obserwacje zaniepokojonych ptaków sprzed kilku lat znów wzbudziły nadzieję.



Kurze Grzędy - odcinek 1

Naszą przygodę a zarazem Misję zaczęliśmy od Kurzych Grzęd, rezerwatu przyrody, który położony jest na Pojezierzu Kaszubskim. Pierwszego dnia zakwaterowaliśmy się w ośrodku wegańskim i z samego rana wyruszyliśmy na zwiedzanie okolicy. Jezioro Wielkie, trzy mniejsze jeziorka dystroficzne i torfowisko wysokie okazały się wyjątkowym środowiskiem, gdzie spotkać można wiele gatunków rzadkich roślin, w tym rosiczkę okrągłolistną i widłaka jałowcowatego. Romuald dokładnie miał dla mnie przygotowany plan podróży. Wspomniał jeszcze o borach bagiennych, które były niegdyś rajem dla głuszca. Ptak ten niestety w tej części kraju podobno już nie występuje. Ja przynajmniej go nie widziałam.

Zanim odwiedziliśmy piękne zakątki Szwajcarii Kaszubskiej, postanowiliśmy zgłębić kulturę i obyczaje tego regionu a także zapoznać się z mieszkańcami, którzy korzystają z dóbr swojej ziemi i celebrują dawny język i obyczaje. Wciągnęliśmy tradycyjnie tabakę, zjedliśmy pulci ze sztybką, przymierzaliśmy ludowe stroje i raczyliśmy się jabłkami z drzew rosnących w pięknym sadzie wolnym od GMO.

Na drugi dzień pojechaliśmy już w teren. Podglądaliśmy prace Państwa Jacka i Marii Herbichów z Uniwersytetu Gdańskiego. Przybliżyli nam siedliska cenionych gatunków roślin i pokazali nam rezerwat przyrody "Jezioro Turzycowe". Dowiedziałam się m.in. co to jest jezioro dystroficzne. Romuald oczywiście wiedział dużo na ten temat bo jest przyrodnikiem, więc wdał się w dyskusję z profesorami, a mój umysł skrupulatnie rejestrował kompletnie nowe słownictwo biologów i momentami patrzyłam jak sroka w gnat na cuda natury, które mi pokazywali palcem i o których rozmawiali . Dowiedziałam się jak na przestrzeni wieków formowało się torfowisko, zobaczyłam jak wygląda wełnianka, rosiczka i dowiedziałam się dlaczego takie miejsca nie są dobre dla wędkarzy. Kto by przypuszczał, że około 40 km od Sopotu można podziwiać takie cuda natury! Stary Młyn, który potem odwiedziliśmy, pięknie wpisuje się nie tylko w krajobraz kaszubski, ale także przynosi zyski swojemu właścicielowi gospodarującemu tu od dziada pradziada, gdyż przerobił go na elektrownię wodną i odsprzedaje energię do sieci państwowej.

Z ciekawostek przyrodniczych mogę zaznaczyć, że w ośrodku wegańskim wszyscy mięsożercy z naszej ekipy, dla których utrzymanie diety bezmięsnej było zbyt dużym wyzwaniem, zaatakowali miejscowy sklepik zaopatrując się w dobrą, swojską kiełbasę, ogórki kiszone i bułki. Wszystko to potem pałaszowali na łonie natury pośród much i komarów laughing ... W czasie tej podróży pokochałam ciszę na bagnach i torfowiskach, polubiłam komary, pająki i inne owady żyjące u siebie, w naturalnym środowisku. Nasza przyroda to długi łańcuch zależności, w którym powinniśmy szanować każde ogniwo.





Kurze Grzędy - odcinek 1

W każdym miejscu, które odwiedzaliśmy z Misją, było kilka takich punktów, które mocniej zapisały się w pamięci. To co kojarzy mi się z pobytu na Kaszubach to silnie ukorzeniona i kultywowana tradycja, oraz... wyjątkowa cisza. "Brzmiała" szczególnie wtedy, gdy odwiedzaliśmy tajemnicze kamienno-ziemne kurhany datowane na X wiek.

Z uśmiechem wspominam naszą wizytę w izbie regionalnej na zaproszenie Kobiet Stowarzyszenia Zgorzałego. Z Gosią uczyliśmy się tam śpiewać kaszubski alfabet i próbowaliśmy ich regionalnych potraw. Podobno nadawałbym się na kaszuba, gdyż nie udało mi się kichnąć po zażyciu nie wiem już ilu porcji tabaki. Chodzi chyba o to, żeby tytoń przeniknął przez ścianki nosa do krwi a kichanie jest ubocznym i chyba nieporządnym efektem. Na szczęście ani ja ani Gosia nie papierosów palimy, więc chyba jednak wolałbym kichnąć niż zażyć. Ale spróbować trzeba było.

Jeszcze jedna historia utkwiła mi szczególnie w pamięci, która związana jest z torfowiskami oraz działalnością naukową i ochroniarską dr Marii Herbichowej i prof. Jacka Herbicha. Opowiedział nam o niej leśniczy Krzysztof Matuszczak. Próbując poszerzyć wiedzę na temat lasów w których pracuje, dotarł do publikacji naszych naukowców, w której rozwodzili się na temat panujących warunków wodnych po okresie intensywnych melioracji w przeszłości. Do głowy im nie przyszło, że może się to zmienić właśnie za sprawą p. Krzysztofa i tej właśnie lektury. Zainicjował stawianie zastawek i przegród w miejscach, gdzie istniały kanały odwadniające. Dzięki jego prywatnej inicjatywie, oczywiście przy aprobacie nadleśnictwa, udało się stworzyć warunki do odtwarzania cennych środowisk, które zanikły w wyniku odprowadzenia wody. Oczywiście musi minąć jeszcze mnóstwo lat zanim środowisko będzie wyglądało jak sprzed okresu melioracji. Prof. Jacek Herbich opowiadał nam, jak to pewnego razu przyjechał na Kurze Grzędy i nie mógł zrozumieć co się stało, dopóki przypadkiem nie spotkał leśniczego. Niejeden przyrodnik marzy o takiej chwili, aby wrócić w miejsce, które pokochał, a które po latach dewastacji czy błędnych decyzji wraca do stanu pierwotnego. To pocieszające, że są ludzie, którzy doceniają wartość przyrodniczą, którą przecież tak trudno przeliczyć na złotówki.

Romuald Mikusek